Moje Hashimoto

Dawno nie pisałam nic o Hashimoto, ale dzisiejszy critters, który powstał w wannie po myciu głowy przypomniał mi, że jednak jestem chora 😉 Jeśli spodziewacie się tu mądrego tekstu o tym, co macie jeść (a raczej czego Wam nie wolno – na liście jest więcej pozycji niż seksu w Kamasutrze), niczego na ten temat tu nie znajdziecie, ale może kilka razy się uśmiechniecie i podniosę Was na duchu swoją historią 🙂

critters-2-critter-close-shave

Moje Hashimoto – diagnoza

Witam moje nowe czytelniczki, które pewnie nie wiedzą, że jestem niedoszłą zawodniczką bikini fitness. „Niedoszłą”, bo po pierwszej w życiu rzeźbie załamał się mój metabolizm i, chwilowo, zdrowie psychiczne. Szkoda, że uboga wiedza mojego ówczesnego „trenera” widziała tylko „gena” do sportów sylwetkowych, a nie widziała „gena” do problemów z tarczycą, które już wtedy ewidentnie miałam. Ciężkim, siłowym, wyczerpującym nie tylko mięśnie, ale i układ nerwowy treningiem, niskokaloryczną dietą, wykluczeniem węglowodanów, wielogodzinnym cardio, a następnie manipulacją sodem i potasem, doprowadził mój organizm do chwilowej ruiny. Analizując te przygotowania widzę w nich wiele błędów wynikających z braku elementarnej wiedzy mojego „opiekuna” i to je właśnie uważam za „trigger” swojej choroby, do której, fakt, miałam predyspozycje genetyczne. Na Hashimoto chorowała moja babcia, choruje również mama.

Dlatego w swojej pracy trenerskiej każdą klientkę, przed rozpoczęciem współpracy, podczas wywiadu pytam o choroby tarczycy w rodzinie oraz proszę o wykonanie badań. Hashimoto to plaga w dzisiejszych czasach i wymaga indywidualnego podejścia, zwłaszcza do treningu.

Po zrobieniu próbnej formy startowej, trener cyknął fotki, pochwalił się współpracą w Internecie, pojechał sobie na urlop, a mnie zostawił samą. Po kilkudniowym obżarstwie w fastfoodach, przed którym nie zostałam ostrzeżona, spuchłam tak, że stopy nie mieściły mi się w butach. Ledwo poznawałam się w lustrze, tak obrzękniętą miałam twarz. Byłam ZAŁAMANA. Poskarżyłam się znajomej, że „trener” zniszczył mi wakacje, ta uprzejmie mu to przekazała, a „specjalista”… obraził się na mnie, zarzucając mi nieszczerość, w pięknym stylu kończąc współpracę ze mną. Teraz wiem, że po prostu nie chciał wziąć odpowiedzialności za moje zdrowie. Do tego trzeba mieć w końcu chociaż odrobinę odwagi cywilnej 😉

10944818_1556720421281235_2884074318326152304_n

Czułam się wiecznie zmęczona, opuchnięta, miałam depresję, a waga nie drgała. Przez rok próbowałam walczyć z ciałem, którego po prostu nienawidziłam. Do tego stopnia, że nie byłam nawet w stanie nasmarować się ręką balsamem do ciała, bo czułam pod nią tłuszcz. Zrobiłam badania, z ciekawości sprawdziłam też ATPO i ATG, pierwszy wskaźnik był ponad 10-krotnie podwyższony. Hashimoto! I subkliniczna niedoczynność tarczycy.

Tu było smutno, a teraz będzie śmiesznie i z dystansem 😉

Etap ulgi – uff, to nie moja wina, że przytyłam! 

Jeśli byłaś aktywna fizycznie, świadoma swojego zapotrzebowania kalorycznego i pilnowałaś diety redukcyjnej, jak ja, na pewno po diagnozie poczułaś pewnego rodzaju ulgę. To w końcu hormony, a Ty nie jesteś hipochondryczką. Myślisz sobie, jak ja wtedy, że dostaniesz sztuczny substytut i poczujesz się lepiej, a forma wróci w 3 miesiące. Jesteś pełna optymizmu, idziesz do lekarza.

Dostałam Euthyrox. Pierwszy endokrynolog przepisał mi 50 z 75 na zmianę. Jak wzięłam 75 po raz pierwszy, czułam się jak Jason Statham w „Adrenalinie”. Chęć mordu, pot na czole, szczękościsk i oczy szalejące w orbitach (w pewnym momencie nawet poza orbitą – dawka była po prostu zbyt duża). Przeraziłam się, że będzie już tak zawsze i zamiast profesji cierpliwego trenera personalnego będę się musiała zająć pracą w rzeźni, tak zmieniło się moje samopoczucie przez hormony. Druga endokrynolog zmniejszyła dawkę i opowiedziała co nieco o chorobie zaznaczając, że jest silnie zależna od stresu, więc zamiast dostarczać sobie dodatkowych problemów, powinnam unikać wizyt u doktora Google.

Oczywiście, tak też zrobiłam.

Wróć!

Wcale tak nie zrobiłam 😀 . Poleciałam do doktora Google. Diagnoza: prze20150710_172123j*bane.

Etap paniki, czyli kilkanaście otwartych kart w przeglądarce

Pewnie przez niego przechodzisz. Wstukujesz w google „Hashimoto” i otwierasz karta za kartą, w panice skacząc między nimi. Nie wiem jak Ty, ale ja miałam pełne gacie. Nie wiem, co Ciebie przeraziło najbardziej, ale mnie to, że już nigdy nie zrobię formy startowej. Następnie to, że będę mieć problem z zajściem w ciążę oraz utrzymaniem jej, bo ryzyko poronienia wzrasta 3,5 – krotnie. Na samym końcu wściekłam się, bo zobaczyłam, jak wygląda proponowana przy Hashimoto dietoterapia (co najśmieszniejsze – układałam wcześniej dietoterapię pod Hashimoto dwóm klientkom, nieświadoma, że i mi się przyda), którą w złośliwym skrócie można określić jednym zdaniem:

Jak nie wiesz co Ci szkodzi, najlepiej wyklucz wszystko!

Okazuje się, że szkodzi mi wszystko. Kapusta, rukola (e tam, i tak nie lubię 😉 ), brukselki, sałaty, rzodkiewki, papryka, bakłażan, pomidory, jaja, soja, nabiał, zboża, pseudozboża, ziemniaki, orzechy, plomby w zębach, ksenoestrogeny w proszkach do prania i w Ludwiku, szynki dojrzewające i sery pleśniowe, plastik, niefiltrowana woda, słodziki a więc pepsi max, kot sąsiadki i nawet oddech listonosza, jeśli jadł medaliony z kurczaka, bo ten kurczak na pewno karmiony był soją.

Etap walki, czyli zesram się a nie dam się

Robisz listę tego co możesz, a czego nie możesz. Prawdopodobnie przechodzisz na protokół autoimmunologiczny, jak ja. Ja zakupiłam olej kokosowy, wątróbkę drobiową, worek buraków, marchwi i pietruszki, orzechy brazylijskie, ligawę, cukinię, mąkę kokosową i mleko kokosowe (w kartoniku, więc tarczyca struchlała) oraz trochę owoców – banany i owoce jagodowe, bo był sezon.

Na czczo tabletka, potem olej kokosowy z orzechami i kawałkiem mięsa plus warzywa. Potem 200 g węglowodanów z gotowanych warzyw korzeniowych. Dodam, że gotowana marchew wcale nie jest takim węglowodanowym terrorystą, jak wszyscy myślą. Żeby wyrobić założone węglowe makro musiałam jej zjeść naprawdę dużo. CAŁY GARNEK. GARNEK ROSOŁOWY.

Jedzenie takiego posiłku nie zajmuje 10 minut. To ogromna ilość niskokalorycznej paszy do pogryzienia i połknięcia. Nie wspomnę już o częstotliwości i długości wizyt w toalecie (chociaż mnie kusi 😀 ). Czułam się jak przedszkolak „modlący się” nad obiadem, który jest zimny od godziny. Lubię mięso, ale taka ilość po prostu była dla mnie za duża. Wcześniej czerpałam białko z jajek i nabiału, czasem strączków, więc dieta była urozmaicona. Teraz nie mogłam jeść nawet papryki, więc i bukiet warzyw do wyboru znacznie się zmniejszył.

Trenowałam co drugi dzień, treningiem obwodowym. Mały ciężar, duży zakres powtórzeń. Na rzeźbę 😉

Samopoczucie i samoocena podniosły się. Byłam nakręcona tym, że znów walczę i pełna wiary w siebie. Zmęczenie ustąpiło, a odbicie w lustrze wyglądało atrakcyjniej, jakbym chudła. Po 3 miesiącach efektów… brak. Tak mówią pomiary i zdjęcia porównawcze. Znów puchnę.

Etap paranoi – „na pewno nie wykluczyłam wszystkiego, co mi szkodzi!”

Zaczynam posiłkować się forami dyskusyjnymi. Czytam wypowiedzi i historie kobiet, którym Hashimoto zniszczyło związek i życie zawodowe, o figurze nie wspominając. Czytam, że wyniki badań, nawet w normie, nie powinny nikogo uspokoić, bo ważne jest samopoczucie. Myślę: fakt, samopoczucie mam kiepskie, to na pewno wina lekarza albo niedopracowanej diety. Może szkodzi mi laktoza w Euthyroxie? Może mam problemy z glikemią?

W Internecie znajdziecie ogrom sprzecznych informacji. Jedni sugerują przejście na paleo, drudzy na ketozę, jeszcze inni polecają dietę wysokowęglowodanową dla prawidłowej konwersji tarczycowej czwórki w trójkę. Z jednej strony musisz jeść węglowodany, ale nie strączki (bo lektyny), nie zboża (bo gluten, albo reakcja krzyżowa), nie kukurydzę (bo GMO), nie ziemniaki (bo psiankowate), nie owoce (bo problematyczna glikemia). 

Szukam w google. Na pewno mam dominację estrogenową, PCOS, niedoczynność kory nadnerczy. Zamawiam suple z Austrii, maść z progesteronem ze Stanów. Idzie na to mnóstwo kasy a ja nie mam świadomości, że wymagana jest dłuższa suplementacja, na którą mnie nie stać. Czytam grupy facebookowe. Widzę zdjęcie zdemolowanego pokoju, które wrzuciła jakaś kobieta po kłótni z narzeczonym. Pyta „czy Wy też tak macie?”. To pytanie jest pytaniem – kluczem w tej grupie.

Czy Wy też tak macie, że:

  • nie trzyma się Wam base coat na paznokciach, a lampa nie utrwala hybrydy?
  • wścieknie Was facet, więc demolujecie pokój w afekcie?
  • rosną Wam włoski na dużym palcu u stopy?
  • wolniej starzeje Wam się skóra?
  • odbija Wam się po kawie?

To autentyki. W grupie nadinterpretacja wyników badań, autodiagnozowanie bez nadzoru lekarza, panikowanie gdy weźmie się Euthyrox po posiłku lub zapomni wziąć jeden raz. W zasadzie ciągłe narzekanie na brak libido, wypadające włosy, depresję, mgły myślowe, puchnięcie z powietrza. Nowe teorie spiskowe. Okazuje się, że Hashimoto steruje moim życiem, nie ja. Na Hashimoto można zwalić dosłownie wszystko. Czytając te historie coraz bardziej się nakręcam i stresuję. Żadna z nich nie chudnie.

Prawda jest taka, że Internet i fora rządzi się swoimi prawami. Pisałam o tym w tekście o pigułkach antykoncepcyjnych i ich rzekomym potencjale tuczącym. Mam koleżanki, które chorują na Hashimoto i radzą sobie dobrze. Czy piszą o tym w Internecie? Czy chodzą i opowiadają znajomym i rodzinie, jak fantastycznie żyje im się z tą chorobą? NIE. Bo tak to działa! Kobiety, które sobie radzą, nie szukają wsparcia w Internecie, nie opowiadają swoich historii na facebookowych grupach. Jeśli przeczytasz na forum recenzje lustrzanki, którą chcesz kupić, uwierz – znajdziesz o wiele więcej krytyki niż pochwały produktu. Tacy są ludzie. I tak samo jest z Hashimoto w mediach!

Etap buntu – pie**olę, nie robię!

20150619_094657

Mam dość. Marchewka wychodzi mi już uszami a na mięso nie mogę patrzeć. Nie chudnę, więc zaczynam trenować intuicyjnie, kiedy chcę i co chcę. Oznacza to, że ćwiczę rzadziej i mniejszą wagę przykładam do tego, co jem. Nie liczę, nie ważę, yolo. Wpadnie i Milka i obiad w knajpie, czasem piwo, deserek w Costa Coffee, kawa z bitą śmietaną, pizza. Nie tyję, nie chudnę, jedyne co się zmienia, to nie obwody i waga, a jakość ciała. Tyłek opada, pojawia się nieco cellulitu. Nie myślę już o zmęczeniu, o redukcji, za małe ubrania w rozmiarze XS chowam na dno szafy a część rozdaję. Kupuję większe i takie, w których czuję się komfortowo. Na kilka dni przed moimi 27 – mymi urodzinami umiera bliska mi osoba. Zmieniam priorytety, nie w głowie mi diety eliminacyjne i walka z ciałem. Powoli akceptuję siebie i doceniam to, że jestem zdrowa (powiedzmy). Że miesiączkuję, że nie wypadają mi włosy.

Etap akceptacji – trzeba żyć!

Myślicie pewnie, że drwię z chorych na Hashimoto, bo sama czuję się dobrze. Otóż nie 🙂 Hashimoto to choroba ogólnoustrojowa, więc teoretycznie, może być winna wszystkiego, co nam doskwiera. Daje mnóstwo objawów, które występują u jednych, a u innych nie. Jak dokucza mi?

  • bardzo wolno się regeneruję

To bardzo demotywujące, gdy na koniec treningowego dnia czuję się tak senna, że po powrocie do domu zasypiam w połowie rozmowy z chłopakiem. Miewam okropne zakwasy nawet po lekkich treningach. Utrzymują się nawet 3 dni, co sprawia, że trenuję rzadziej. Długo goją mi się też rany.

  • długo się wybudzam

Po przyjściu do pracy jestem w pełni świadoma dopiero po kilku godzinach. Zaczynam pracę o 6, a moja świadomość dopiero koło godziny dziewiątej 😉 Do tego czasu czuję się jak zombie mimo tego, że dobrze spałam. Nie rejestruję też wtedy wszystkiego, co się do mnie mówi. Mgła myślowa.

  • zapominam

Wcześniej mi się to nie zdarzało, miałam pamięć absolutną. Teraz zdarza mi się zagapić, nie zamknąć drzwi na klucz, nie oddzwonić w ważnej sprawie czy nie zrobić zakupów. Ważne rzeczy muszę sobie zapisywać.

  • mam problem z odbudową masy mięśniowej

Mimo tego, że nie spadła mi siła, ciało nie wygląda tak jak kiedyś. Może to wysoki poziom tkanki tłuszczowej i retencja wody, ale na pewno straciłam nieco masy mięśniowej przez zmianę treningów i zmniejszenie ich częstotliwości.

  • puchnę – nie zawsze, ale bywa

Gdy zjem coś przetworzonego, gdy się nie wyśpię, po podróży samochodem, po stresie, po ciężkim treningu. Czuję się wtedy nalana i jedyne co pomaga to odpoczynek i luźne ciuchy 😉 Nie przejmuję się tym już tak bardzo bo wiem, że otoczenie nie jest tak spostrzegawcze jak ja i obrzęk widzę głównie ja sama. Mam wtedy kiepskie samopoczucie, ale wygodne ubrania maskują co trzeba.

  • jest mi zimno
  • mam huśtawki nastrojów (to chyba cecha bab, a może moja osobnicza? 😉 )
  • często dopada mnie „zimno” na ustach (niestety zostawia blizny)

Jak żyć?

Ograniczyć stres! Na moim przykładzie Hashimoto plus toksyczny związek dawało prawdziwą sromotę istnienia 😉 Nauczyłam się, że pierdyliard suplementów, jogi i jaskiniowa kuchnia nie dadzą mi nic, jeśli nie ograniczę stresu z zewnątrz. Takim stresem była u mnie toksyczna relacja. Kłótnie, bezsenność, koszmary w nocy, huśtawka emocjonalna na pewno wpływały na mnie gorzej niż gluten z proszku do pieczenia! Po zmianach życiowych poprawiła się jakość snu, nie wybudzam się, mam więcej energii, dzięki czemu mam siłę do treningów i życia w ogóle. Takim stresem nie musi być partner, może nim być na przykład praca. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak istotny w tej chorobie jest czynnik, który ją stymuluje i naprawdę to na stresie należy skupić się najpierw, zanim jeszcze zacznie się wpieprzać marchew na kilogramy.

Co polecam:

  1. Uporządkować życie prywatne i wyeliminować stresory.
  2. Zadbać o jakość snu.
  3. Wyeliminować z diety gluten i nabiał.
  4. Zadbać o trening siłowy, który pozwoli na zbudowanie masy mięśniowej i poprawę metabolizmu.

Czego nie polecam:

  1. Czytania forów dyskusyjnych. Serio.
  2. Rzucania się od razu na protokół autoimmunologiczny.
  3. Wydawania już na starcie kroci na drogie suple ze Stanów.
  4. Doszukiwania się objawów choroby we wszystkich niepowodzeniach.

Zazwyczaj po zastosowaniu się do pierwszych kroków następuje poprawa. Jeśli jej nie zaobserwujesz, wróć do pierwszych dwóch punktów i zabierz się za nie porządnie. Jeśli to nie poskutkuje, próbuj suplementacji i dietoterapii szerszej niż dieta BG BN.

Trzeźwym okiem

Hashimoto i niedoczynność tarczycy to plaga naszych czasów. Nie oznacza to jednak, że choroba nie występowała wcześniej. Kobiety (i mężczyźni) żyli z nią w nieświadomości i radzili sobie całkiem dobrze. W dzisiejszych czasach wiedza sprawia, że popadamy w hipochondrię i wydajemy kupę kasy na suplementy, które niewłaściwie stosujemy (wiedza z forum nie jest dla mnie wiarygodna). Hashimoto wkrótce zostanie sprzedane. Już na półkach widać pierwsze z nich 😉hashi-forte-60-kapsulek-hashimoto-tarczyca-selen-omega

Pamiętaj, że w Internecie znajdziesz głównie wypowiedzi cierpiących i nieszczęśliwych kobiet. To zrozumiałe – szukają pocieszenia i wsparcia, a kto je lepiej pocieszy niż inna chora? Załóżmy, że masz Hashimoto i czujesz się zajebiście. Napiszesz o tym bloga lub status na fejsie? 😉 Nie. Co innego jakbyś czuła się fatalnie. Co mam na myśli? Absolutnie nie bagatelizuję choroby. Rzecz jednak w tym, że ta sama choroba może dawać różne objawy u innych osób oraz każda z nas radzi sobie z nimi w inny sposób, bo mamy różne charaktery. Skup się na sobie i nie daj się zarazić hipochondrią 🙂

Najnowsze wpisy

Kategorie

Okuniewska Marta Opublikowane przez:

komentarzy 30

  1. Klaudia
    14 stycznia 2016
    Odpowiedz

    Czy naprawdę konieczne jest wyeliminowanie glutenu i nabiału? nie wyobrażam sobie życia bez nich…

    • Marta Okuniewska
      14 lutego 2016
      Odpowiedz

      Wiesc gminna niesie, ze konieczne.

  2. Ola
    14 stycznia 2016
    Odpowiedz

    Dzięki Marta za ten wpis. To trochę jak poklepanie po plecach i czekam tylko jak będzie lepiej. Staram się i cieszę się, że nie jestem sama i że to nie tylko ja tak mam.
    Dużo zdrówka! 🙂

    • Marta Okuniewska
      14 lutego 2016
      Odpowiedz

      Wzajemnie, dziekuje 🙂

  3. Marzena
    14 stycznia 2016
    Odpowiedz

    Świetny tekst. Dobrze wiedzieć, ze nie tylko mi odbija przez tarczyce 😉 Pozdrawiam.

    • Marta Okuniewska
      14 lutego 2016
      Odpowiedz

      🙂

  4. Kasia
    14 stycznia 2016
    Odpowiedz

    Hej 🙂
    kurcze, zbieram się i zbieram, żeby zobaczyć, czy to mam. Bo mogę. wiele na to wskazuje. Ale boje się wyniku. Wiesz jak jest. Ale nie o tym. Prowadząc takie życie, jakie prowadzisz, czyli jesteś trenerką i sama trenujesz, byłaś/jesteś w stanie wyeliminować z diety nabiał? pomijając fakt, że trenuję siłowo i bardzo to lubię, to nie wiem, czy dałabym radę to zrobić! Nie jeść jajków?! A co gorsza nie pić kawy z mlekiem? Próbowałam przerzucić się na inne „mleka”, ale po pierwsze to to zupełni niefajnie smakuje, a po drugie drogie jest. Smutno mi się robi na tę myśl.. :<
    Ale tak poza tym, uwielbiam Cię, super tekst i nie mogę się doczekać koszulek! :))
    Pozdrawiam!

    • Marta Okuniewska
      14 lutego 2016
      Odpowiedz

      Jem nabiał… niestety od czasu do czasu. Z jajek tylko zoltka 🙂

  5. Ewa
    14 stycznia 2016
    Odpowiedz

    witaj,
    Rewelacyjnie to opisalas.
    Mam hashi i kiedy się dowiedziałam i zaczęłam czytać na necie to stwierdziłam ze moje życie jest kompletnie zje..ne i najlepiej położyć się i zacząć użalac nad sobą bo i tak nie czeka mnie już nic dobrego
    I kiedyś powiedziałam DOŚĆ ! nie wchodzę juz na fora żeby nie wariowac..
    Jest to jest,co zrobię? W łeb sobie strzele ? ?
    Musze żyć dalej;staram się uśmiechać i nie zrzucać wszystkiego na” biedną ” hashi….😉😉😉
    Pozdrawiam serdecznie

    • Marta Okuniewska
      14 lutego 2016
      Odpowiedz

      też mialam taki etap 🙂

  6. daniela
    16 stycznia 2016
    Odpowiedz

    jakbym czytała o sobie 🙂 nawet zakwasy się zgadzają.Dziękuję Marta za to że poczułam się lepiej.

    • Marta Okuniewska
      14 lutego 2016
      Odpowiedz

      Cieszę się! 🙂

  7. Basia
    17 stycznia 2016
    Odpowiedz

    Cześć. Musze przyznać, że podczytuję twojego bloga już od dłuższego czasu, raczej nie jestem typem, który się udziela, ale ten post spowodował, że muszę zabrać głos.
    Bardzo długo się zastanawiałam, czy to ja jestem dziwna, że nie tłumaczę wszystkiego hashimoto – w którymś momencie zaliczyłam ten etap, ale mi przeszło. Te posty na grupie są czasem przerażające – rozumiem mgłę mózgową(sama się z nią borykam, niestety częściej z gorszym niż lepszym skutkiem), ale chory wybuch złości jako jeden z objawów hashimoto to już parodia. Serio. Tego się nie tłumaczy chorobą, tak po prostu nie mozna się zachowywać, to karygodne. Ja pamiętam, że jedna dziewczyna też kiedyś obwiniała hashimoto o to, że jej się podkład na twarzy nie trzyma(w komentarzach pojawiła się sugestia, że hormony wchodzą w interakcję ze składnikami podkładu – WTF).
    Tak czy inaczej – bardzo Ci dziękuję za ten post. Niebawem wracam do Łodzi i jestem pewna, że pojawię się w FitFabric, żeby uzyskać od Ciebie pomoc w kwestii diety i treningu.
    Pozdrawiam!

    • Marta Okuniewska
      14 lutego 2016
      Odpowiedz

      Zapraszam! 🙂 fajnie, ze podobnie patrzysz na temat 🙂

    • Marta Okuniewska
      14 lutego 2016
      Odpowiedz

      🙂

  8. Luiggi2
    18 stycznia 2016
    Odpowiedz

    Hehe, jakbym czytała o sobie 🙂 Świetny tekst! W punkt! 😀

    • Marta Okuniewska
      14 lutego 2016
      Odpowiedz

      Dzieki!

  9. 19 stycznia 2016
    Odpowiedz

    Na pewno zgodzę się, że nie można zwariować, ale osobiście jestem wdzięczna, że fora i grupy istnieją, że padają tam różne pomysły, rozwiązania itd. Ja nie godzę się z tym, że czuję się źle i zrobię wszystko by było lepiej. Opisuję swoje zmagania z chorobą po to, by uświadamiać kobietom, że ich fatalne samopoczucie to nie jest normalność i cieszę się z każdego komentarza, że dzięki mnie odmieniły swoje życie.

    • Marta Okuniewska
      14 lutego 2016
      Odpowiedz

      Fajne podejscie 🙂 Oczywiscie, takie grupy maja tez swoje zalety.

  10. Ema
    19 stycznia 2016
    Odpowiedz

    Masz rację! Od forum można się tylko pochorować bardziej. Dziękuję za ten wpis 🙂

    • Marta Okuniewska
      14 lutego 2016
      Odpowiedz

      🙂

  11. aneta
    19 stycznia 2016
    Odpowiedz

    matko! Zajebiste i trafione w 100%! Jesteś moim autorytetem i gdybym była facetem to bym Ci się oświadczyła! Dzięki za ten tekst!

    • Marta Okuniewska
      14 lutego 2016
      Odpowiedz

      🙂 <3

  12. Aga M
    23 stycznia 2016
    Odpowiedz

    Wielki szacun…super artykuł…fajnie że są jeszcze Takie Osoby które mimo choroby walczą i swietnie wyglądają wielki szacun pozdrawiam

    • Marta Okuniewska
      14 lutego 2016
      Odpowiedz

      🙂

  13. Paulina
    17 marca 2016
    Odpowiedz

    Cześć dziewczyny. Tez to mam, ale chyba radze sobie z tym lepiej bo mi odkryli to w podstawówce jakieś 16 lat temu. Jem co chce, robię co chce. Może po prostu duże znaczenia ma głowa i nastawienie. Miałam ostatnio zły okres, właśnie przez stres. Schudłam sama z siebie 10 kg. Wyglądam jak wieszak. Zmieniłam swoje życie i jest super. Dacie rade. To nie koniec świata. Ja wychodzę z założenia że inni mają gorzej wiec nie ma się co nad sobą uzalac. A kawę odstawiłam na miesiąc nie widziałam różnicy, mąkę tez. Wiec wróciłam z tym drugim tylko mniej. Każdy organizm jest inny i czego innego potrzebuje i nie trawi. Trzeba odkryć co to jest. Powodzenia 🙂

  14. Dorota
    23 maja 2016
    Odpowiedz

    Dziękuję! Tego mi było trzeba. Nie kolejnego suplementu,nie bardziej restrykcyjnej diety i lepszego endokrynologiczna. Trzeba mi było dużej dawki zdrowego rozsądku. Dziękuję!!!

  15. Patrycja
    16 października 2016
    Odpowiedz

    Mam wrażenie jakbyś pisała o mnie, szczególnie z tym wertowaniem internetu i obawą przed niemożnością zrobienia formy startowej 🙁

  16. Natalia
    27 października 2016
    Odpowiedz

    Dzieki…Nareszcie widzę przykład że z tą chorobą można normalnie żyć, nie tracąc kupę kasy na zdrowe zarcie i nie wpadając w manie obwiniania choroby… ja mam niestety tarczycę do tego waha mi się ona strasznie ale masz rację że wszystko od nastawienia i trybu życia zależy… Od kiedy mam mojego Mateuszka który bardzo o.mnie dba widzę że objawy ustępują… Co jak co ale najważniejsze mieć w tym bagienku kilku życzliwych ludzi 🙂 pozdrawiam bardzo serdecznie

  17. cytrynka
    29 grudnia 2016
    Odpowiedz

    Cześć, czy możesz polecić jakiegoś dobrego endokrynologa w Łodzi?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *