PSYCHIKA zawodnika – MOJE doświadczenia.

PSYCHIKA zawodnika – MOJE doświadczenia.

Miałam do tego nie wracać, ale blog ma już rok i od momentu założenia go, zyskał kilka tysięcy obserwatorów, którzy dziwią się mojemu, mocno niepopularnemu, podejściu do sylwetki, treningu i odżywiania.

Wiem, o czym mówię, gdy ostrzegam Was przed kompletnym zaufaniem sportowym autorytetom – bo, jak to się mówi, "i've been there, i've done that" Emotikon smile

Pierwszy raz siłownię odwiedziłam w wieku 19 lat, czyli 8 lat temu. Coś tam ćwiczyłam, z przerwami, ale w końcu, 2 lata temu podjęłam decyzję o zrobieniu fajnej, plażowej formy. Po prawej stronie widzicie to, co udało mi się osiągnąć od stycznia do lipca – ponad pół roku ciężkiej, kulturystycznej pracy, przelanego potu i wyliczonych kalorii. Wy widzicie wyrzeźbioną laskę i na takie laski w dzisiejszych czasach patrzy się z podziwem. Ja patrzę ze smutkiem, bo widzę bardzo chorą, nieszczęśliwą dziewczynę.

Od stycznia do lipca funkcjonowałam na ścisłej (!), klasycznie porcjowanej, opartej o "najlepsze źródła makro" diecie; zajebiście przyswajalnych Emotikon wink . Wszystko wyliczone co do grama. Codzienne, ciężkie, siłowe treningi, cardio na czczo, spalacze, odżywki. Na posiłki wychodziłam z wykładów, bo wypadała "pora". W kawiarni jadłam tuńczyka z puszki, podczas gdy przyjaciółki popijały kawę z bitą śmietaną. One czuły smród ryby Emotikon wink a ja zapach przyszłego czempiona Emotikon grin Z dumą jadłam tego tuńczyka i czułam się "lepsza". Kilogramy spadały, mnie na każdym kroku chwalono, podziwiano, kolesie z siłowni podawali mi rękę, trener wychwalał nad niebiosa.
W kwietniu nadszedł moment, kiedy byłam z siebie naprawdę zadowolona. Schudłam, wyrobiłam mięśnie, poprawiłam proporcje, na brzuchu rysowała się lekka krata. Wtedy zostałam namówiona do tego, żeby spróbować pociągnąć temat dalej i z plażowej, zrobić formę na zawody.

Nie chciałam zawieść publiki, chociaż sama mówiłam sobie "dość, już jest fajnie". Po raz pierwszy w życiu czułam się w czymś dobra, najlepsza, chwalona i chcąc więcej poklasku, zaczęłam "dociskać". Więcej cardio, cięższe treningi, mniej jedzenia. Mniej węglowodanów. Spalacze. Moje oczy widziały tylko jeden cel – zadowolić wszystkich.

Tak naprawdę byłam bardzo nieśmiałą, zakompleksioną dziewczyną i bardzo szukałam akceptacji. Miałam ją w oczach wszystkich tych, którzy przyklaskiwali mojej przemianie. Nie zrobiłam tego, bo chciałam mieć formę fitnesski. Chciałam akceptacji.

 

 

Byłam głodna. Zapychałam się warzywami, zapijałam colą zero. W nocy miałam koszmary, że jem słodycze. Budziłam się cała spocona i robiłam się spokojna dopiero wtedy, gdy uświadamiałam sobie, że to tylko sen. Pod koniec redukcji budziłam się w nocy… z głodu. Przez sen praktycznie wstawałam i zjadałam połowę śniadania z myślą, że po prostu na śniadanie zjem mniej, bo makro tygodniowe musi się zgadzać. Nie wychodziłam ze znajomymi, z chłopakiem na imprezy też nie, bo pojawiał się alkohol, a ja nie chciałam pokusy. Nie miałam okresu przez kilka miesięcy. Moje życie skoncentrowane było tylko wokół treningu i diety, nie liczyło się nic innego. Trening musiał być zrealizowany na 100% albo wcale. Fakt, że zajęta jest ławka płaska, którą mam w planie, potrafił…doprowadzić mnie do płaczu. Tamte pół roku było dla mnie prawdziwym wyzwaniem. "Miałam psychę" żeby trzymać "michę", więc czułam się "zdyscyplinowana i silna", jak na tych durnych motywatorach. Tak naprawdę g.. miałam, a nie silną psychę i dyscyplinę, bo tak skupiona byłam na wyliczaniu makro, że olałam obronę i z napisaną w 3/4 pracą, zaliczonymi egzaminami, wcale do niej nie podeszłam.

(Tell me about discipline Emotikon wink )

Po finiszu, kiedy byłam na diecie ketogenicznej, trener mnie odwodnił i… pojechał sobie na wakacje. Ja, niczego nie świadoma, poszłam żreć (dosłownie) do Mc'Donaldsa. I tak dwa dni. Takich obrzęków nie miałam NIGDY! Przez ponad tydzień (!) męczyłam się, nalana jak balon. Odwadnianie wypłukało mi potas i nie wystarczyło uzupełnianie z supli. Dotychczas trzymana niskosodowa dieta odbiła się gwałtowną reakcją organizmu po naładowaniu pełną glutaminianu paszą z fastfoodów, zachwiała mi się równowaga elektrolitowa. Wyglądałam jak BAŃKA i po kilku dniach od uzyskania "formy życia" nie mieściłam się w swoje małe ubrania. Okresu nie miałam przez rok, pojawiło się Hashimoto, niedoczynność tarczycy, zmęczenie nadnerczy, początki insulinooporności i DEPRESJA, związana z zaburzeniami odżywiania.

Minęły dwa lata. Jestem cięższa o 9 kilo, których wciąż nie udaje mi się zrzucić, Hashimoto zostanie ze mną do końca życia, przez problemy z cukrem wciąż trzymam rękę na pulsie, wciąż pracuję z endokrynologiem nad wyrównaniem hormonów. Konsekwencje będę ponosić do końca życia, ale dzięki lekcji, którą otrzymałam, jestem tutaj. Żyję jednak, trenuję, jestem szczęśliwą kobietą, która ma jaja, żeby powiedzieć głośno : wcale nie potrzebuję kraty na brzuchu i nie mam jej dlatego, że jej nie chcę! Moje ciało daje mi wyraźne znaki, że nie chce się bardziej odtłuszczać i mimo tego, że jak każda kobieta (zwłaszcza taka, która kiedyś była dobrą fit laską) chciałabym schudnąć, nie mam już na tym punkcie obsesji Emotikon smileTrenuję, bo LUBIĘ, i trenuję KIEDY lubię. To chyba rzadkie, w dzisiejszych czasach, żeby ćwiczyć bez pobudek estetycznych Emotikon wink
Nie mam zamiaru zamieniać swojego życia w piekło tylko dlatego, że ktoś uważa, że mam zbyt wysoki poziom tkanki tłuszczowej, bo skoro nie mam żyły na brzuchu, to jestem kiepskim trenerem Emotikon wink Życie to coś więcej niż krata na brzuchu i katowanie nóg.

Czy chcę Was nastraszyć?

Nie. Chcę pokazać Wam, że często przekraczanie strefy komfortu to bilet bez powrotu. Czy zawsze? Nie. Ale są przypadki, jak mój, kiedy zdrowie traci się bezpowrotnie.

Czy chcę Wam obrzydzić liczenie makro, spalacze, ciężkie treningi i dążenie do sylwetki fitnessek?

Nie. Chcę po prostu pokazać Wam, że to wcale nie jest bułka z masłem. Że ma to swoje konsekwencje, często (jak u mnie, choć nie zawsze) bardzo poważne. Że może skończyć się zaburzeniami odżywiania i depresją – jak u mnie. Przyswajalność i gramatura to nie wszystko, liczy się różnorodność, bo jej brak zabija bogactwo mikroflory jelitowej, jak u mnie. Przyswajalność i zbilansowanie makro nie zawsze jest jednoznaczne ze zdrowiem, zwłaszcza, jeśli cierpi głowa.

Przez swoje doświadczenia chcę pokazać Wam tą drugą stronę medalu i skłonić do zastanowienia się, co jest lepsze – posiadanie ciała bogini fitnessu, czy posiadanie takiej wersji siebie, która jest szczęśliwa, zdrowa, sprawna i ma taką sylwetkę, która nie wymaga syzyfowej pracy. A przede wszystkim ŻYJE Emotikon smile

PS. Dwa zdjęcia po lewej stronie pokazują to, jak wygląda moje ciało obecnie. Wciąż pracuję nad tym, żeby stracić %bf, ale bez obsesji, bo akceptuję swój wygląd w 100%.

Najnowsze wpisy

Kategorie

Okuniewska Marta Opublikowane przez:

Bądź pierwszą osobą, która zostawi swój komentarz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *