Samoakceptacja czy lenistwo?

SAMOAKCEPTACJA (ang. self-love)

cropped-cropped-mo111.jpg

Zawód trenera personalnego wybrałam świadomie i z pasji. Zanim zmieniłam profesję, próbowałam zostać technikiem dentystycznym na Uniwersytecie Medycznym w Warszawie, potem ogrodnikiem, w końcu stanęło na architekturze krajobrazu. Kocham przyrodę, ale wiedziałam, że chcę być blisko ludzi i pracować w ich towarzystwie. Nie przypisuję swojej pracy peanów, ale praca trenera i dietetyka to również praca z emocjami klientów. Nie jestem psychologiem, ale tak jak psychoterapeuta, poprzez swoją opiekę, przyświeca mi podobny cel – nauka samoakceptacji poprzez pracę z ciałem i nad ciałem.

Jako jeden z pierwszych w psychologii, temat samoakceptacji (miłości do siebie samego, jak ang. self-love) poruszył Erich Fromm. Nie mylcie „miłości do siebie samego” z narcyzmem. Ten rodzaj miłości to raczej sympatia i szacunek niż samouwielbienie. Fromm zwrócił uwagę na to, że dopiero „miłość do siebie samego” umożliwia nam kochanie innych i faktycznie, tego rodzaju haseł pełno jest w motywacyjnych artykułach i poradnikach dla kobiet 🙂 „Miłość siebie” ma pozytywny wpływ na szacunek i sympatię do reszty świata. Samoakceptacja wpływa na akceptację, którą otrzymujemy od innych.

Samoakceptacja ma ciężko w dzisiejszych czasach, nie tylko w świecie kobiet. Pomijając kwestie płci, narzucone nam, szybkie tempo życia wpływa na to, że nawet jeśli nie chcemy więcej, szybciej, mocniej; po prostu musimy, bo tego się od nas wymaga. Tego wymaga psychologia tłumu, trendy, rodzina, rynek pracy, partner i znajomi. Rozwój nie jest niczym złym, jest domeną ludzi i czymś nieuniknionym, a z szans rzucanych przez los należy korzystać i nabierać pędu, jasne. Ale trzeba wiedzieć, jaki ten pęd ma kierunek i potrafić zrobić sobie przystanek 🙂

Samoakceptacja to uczucie „jest mi dobrze ze sobą, tu i teraz”. Ciężko przechodzi przez gardło, bo „dobrze” nie oznacza „najlepiej”, bo „dobrze” to przystanek w drodze do utopijnego „najlepiej”, do którego po prostu trzeba dążyć i ślepo gonić, bo przystanki robią tylko „słabi”… Jestem pewna, że mnie rozumiecie 🙂 Każdy z Was kiedyś cieszył się w głębi ducha z trójki z matmy, ale nie dał tego po sobie poznać, bo nie chciał wyjść na mało ambitnego. Ilu z Was skłamało kiedyś, odpowiadając na pytanie ile punktów miało się z matury z angielskiego, mimo że po sprawdzeniu wyników skakaliście pod sufit? Nic w tym złego. Ja robiłam i robię to wciąż, często nieświadomie.

źródło: healwithastrology.com

Przykro mi, że samoakceptację utożsamia się z brakiem ambicji (gdy chodzi o wykształcenie, wykonywany zawód czy zarobki) lub lenistwem (gdy chodzi o szeroko pojęty fitness). Z pewnością taki też bywa często odbiór moich postów, które powierzchownie wyglądają jak fitnessowe demotywatory. Przykro jest patrzeć na to, co media i trendy robią z ludźmi, którym wmawia się, że są mało zaradni, mało inteligentni, mało przebojowi czy mają słaby charakter tylko dlatego, że nie robią doktoratu, nie kończą studiów, nie zakładają własnych działalności gospodarczych czy nie biegają w biegach ekstremalnych.

Samoakceptacja nie wyklucza rozwoju! Wyklucza natomiast imperatywy z szeroko pojętego „zewnątrz”. Samoakceptacja szuka wewnątrz. Kończy maraton uważnym truchtem i robi przystanki wtedy, gdy potrzebuje, bo maratonu nie biegnie się dzikim sprintem z klapkami na oczach 🙂 Nie ma nic złego w powiedzeniu „jest mi dobrze tu i teraz”, bo nie oznacza to, że nie będzie lepiej. Może być lepiej, ale nie musi 🙂 Kochanie i akceptacja swojego ciała daje wewnętrzną motywację, która jest motywacją pozytywną do zmian, które dokonujemy dla siebie, a nie dla innych.

Samoakceptacja jest niszowa. Mój blog też. Mam 6 tysięcy „lajków”, nie 600 tysięcy. Lubię moje 6 tysięcy lajków i jest mi z nimi super dobrze, bo wśród tych 6 tysięcy polubień jest przynajmniej 6 osób, do których trafia to co mówię i dla których warto pisać. Lubię swoje 65 kilo. Tu i teraz. Pewnie, staram się poprawić swoją sylwetkę, więc pilnuję tego co jem i sumiennie ćwiczę. Nie ma tu hipokryzji. Skończyłam pogoń za zadowoleniem wszystkich dookoła rok temu. Jestem sobie pewną trenerką i instruktorką w pewnym klubie fitness, zarabiam sobie wystarczająco dobre pieniądze, realizuję swoje pasje i żyję tym, co jest tu i teraz. Już nie chcę więcej, szybciej i mocniej w każdej dziedzinie życia. Jestem przeciętna i… zupełnie mi z tym dobrze 🙂 Nawet jeśli ktoś stwierdzi, że jestem mało przebojowa i leniwa 😉

Życie i rozwój to maraton, a maratonów nie biega się sprintem. Przystanków nie robią słabi. Przystanki robią Ci, którzy chcą się zastanowić nad tym, gdzie w ogóle biegną 🙂

M.

 

Źródło: timitude.com

Najnowsze wpisy

Kategorie

Okuniewska Marta Opublikowane przez:

komentarzy 6

  1. Anka
    11 października 2015
    Odpowiedz

    Martuchna oddam kazda chodakowska i lewandowska za taka leniwa zdrowa dupe jak Ty 🙂

  2. Anka
    11 października 2015
    Odpowiedz

    Martuchna oddam kazda chodakowska i lewandowska za taka leniwa zdrowa dupe jak Ty 🙂

  3. Carlain
    14 października 2015
    Odpowiedz

    Maratonów nie biega się sprintem – kolejny cytat, który wylądował na mojej tablicy korkowej 😉 Uwielbiam Twojego bloga, „zdrowa dupo”! jesteś jedyną racjonalną fitnesską na jaką udało mi się trafić 😉 zazwyczaj zgadzam się z Tobą w 100%, mam nadzieję, że kiedyś sama zostanę trenerką i Wrocław zyska drugą „Martę”, której tak bardzo brakuje w wrocławskich klubach

    • Marta Okuniewska
      1 listopada 2015
      Odpowiedz

      Wow, dziękuję! 🙂

  4. Marlena
    3 maja 2016
    Odpowiedz

    Dziekuje, bede czytac codziennie, az zrozumiem i zastosuje

  5. Agnieszka
    15 czerwca 2016
    Odpowiedz

    Wspaniały tekst, dziękuję. Na bloga trafiłam kilka dni temu , super teksty. Ja jestem na początku tej drogi dążącej do samoakceptacji, bardzo pomogły mi twoje słowa. Dzisiaj na treningu myślałam o tobie 🙂 dzięki.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *