Samoakceptacja – moja historia

Dawno nie pojawiało się nic nowego. Mój grafik jest jednak wypełniony po brzegi i nie mam siły na analizowanie źródeł do rzeczowego artykułu, a przemęczenie daje mi się tak mocno we znaki, że ciężko mi skleić nawet kilka w miarę logicznych i spójnych stylistycznie słów. Nie mam głowy, żeby skleić coś rzeczowego, więc dziś rozruszam trochę palce napiszę coś od serca 🙂

Love-Yourself-Quote

Moje problemy z brakiem akceptacji swojego ciała zaczęły się już w szkole podstawowej, kiedy jedna z dziewczynek zwróciła uwagę na to, że mam „szerokie biodra”. Nie wiedzieć czemu uwagę odczytałam bardzo pejoratywnie, co sprawiło, że ten „atrybut kobiecości” zaczął być dla mnie ogromnym problemem. Wraz z pojawieniem się biustu zaczęła się moja niechęć do aktywności fizycznej, która wcale nie pomagała w tym, żeby moje ciało smuklało, więc działo się wręcz odwrotnie. Nabierałam krągłości w okolicach biustu i ud, co budziło we mnie wstyd i niechęć z prostego powodu – własne odbicie w lustrze nie przypominało nawet sylwetek dziewczyn na okładkach gazet. Pierwsze podejścia do odchudzania miałam w gimnazjum i polegały na tym, że starałam się jeść jak najmniej w ciągu dnia, kiedy byłam w szkole, dzięki czemu nie myślałam intensywnie o jedzeniu, bo byłam zajęta. W ostatniej klasie gimnazjum spodobał mi się jeden chłopak. Spotkałam się z nim na spacerze, ale kolejnej randki już nie było. Od znajomych dowiedziałam się, że według niego jestem „pasztetem”.

Samoakceptacja przychodzi wtedy,gdy w Komitecie do Spraw Zarządzania Swoją Dupąnagle zasiadasz pojedynczo. (2)

Zaczęłam jeść więc jeszcze mniej, a swojego ciała nienawidziłam do tego stopnia, że zaczęło się samookaleczanie. Raz przesadziłam do tego stopnia, że przeraziłam samą siebie. Ukrywanie lewego przedramienia, na którym teraz znajduje się kwiecisty tatuaż doprowadziło do tego, że moja sylwetka uległa poważnej dysproporcji, jak również siła całej lewej ręki – nic dziwnego, skoro lewą rękę od szesnastego roku życia cały czas chowałam za siebie, chcąc ukryć blizny szerokie na 1,5 milimetra. Dziś nie piszę o tym ze wstydem, bo wiem, że wiele kobiet przechodziło lub przechodzi przez to samo i dziś wiem, że warto mówić o tym głośno.

Na pierwszym roku studiów schudłam, bo zaczęłam ćwiczyć na siłowni. Nie miałam o tym większego pojęcia, a na orbitreku potrafiłam spędzić dwie godziny, gdy po pierwszej dołączyła do mnie koleżanka. Efekty były – zeszczuplałam i czułam się ze sobą… w miarę dobrze. Pamiętam jednak jeden dzień. Wychodziłam z siłowni i trzech kolesi krzyknęło za mną, że mam grube nogi. Miałam na sobie szorty i po treningu wybierałam się do koleżanki. Gdy mnie zobaczyła, powiedziała, że świetnie wyglądam w tych spodenkach, a ja wybuchłam, że jest fałszywa. Pokłóciłyśmy się. Czułam tak wielkie obrzydzenie do swojego ciała, że przestałam używać balsamu, żeby uniknąć dotykania go gołą ręką. Na każdy komplement reagowałam agresją.

W wieku 20 lat pojechałam z ówczesnym chłopakiem na kurs wspinaczkowy do Bolechowic. Jeden z uczestników złośliwie skomentował moją sylwetkę mówiąc, że fajnie wyglądam, gdy… stoję bokiem i że powinnam… chodzić bokiem. Doprowadził mnie do płaczu. Nie chciałam brać udziału w reszcie zajęć. W tym samym czasie, za pośrednictwem naszej-klasy odezwał się do mnie chłopak, który spodobał mi się w gimnazjum. Napisał, że super ze mnie laska. Nie odpisałam.

Zaczynam kolejne studia, wyprowadzam się od rodziców, zaczynam tyć. W międzyczasie na moich zębach pojawia się aparat ortodontyczny. Tracę wypracowaną głodówką i aerobami sylwetkę i rozpoczynam etap kolekcjonowania ubrań myśląc, że tym razem na pewno trafię na ciuch, w którym będę dobrze wyglądać i dobrze się czuć. Ciuchów mam stosy. Od ówczesnego chłopaka słyszę, że głupio mu, jak kupuję ubrania w rozmiarze „L”, bo „l” oznacza „large”, czyli „duży”. Nadchodzi etap diety Dukana.

Niedługo potem, ze wstydem, wracam na siłownię. W dziale Ladies forum sfd.pl zaczynam redukcję. Idzie fajnie, jadąc na wakacje do Grecji czuję się ze sobą dobrze, wręcz dumna, bo oglądają się za mną faceci, a chłopak okazuje dużo czułości. Po wakacjach 5 kg na plusie. Piwo, moussaka, desery zrobiły swoje. Mimo powrotu na siłownię, nie mogę schudnąć. Codziennie przejeżdżam 6 km na rowerze – brak efektów. Zgłaszam się po pomoc do trenera personalnego i zaczynam kulturystyczną walkę o formę życia.

Tą historię znacie. Fatalna w skutkach redukcja, depresja, dramatyczny efekt jo-jo i cały rok przeznaczony na rozpaczliwy powrót do sylwetki marzeń, którą cieszyłam się zaledwie dwa dni, zakończony fiaskiem i znienawidzeniem treningów, które nie dawały efektów, jakich oczekiwałam, czyli redukcji. Kończę z niedoczynnością tarczycy, Hashimoto i depresją, która zostanie gdzieś w tle do końca mojego życia.

Po załamaniu metabolicznym tracę wiarę w to, że mogę dalej funkcjonować w świecie fitness, bo pracując w tej branży musisz być nieskazitelna. Stres czułam przed każdym pierwszym spotkaniem z nową klientką. Czy uzna, że jestem gruba? Czy spojrzy na moje nogi i powie „nie chcę trenować nóg, bo nie chcę mieć takich nóg jak pani”. Czy zaufa temu, że mam wiedzę i nie chcę z niej zrobić kopii samej siebie a wręcz przeciwnie – zapobiec temu, żeby tak się stało? Całe szczęście… mam szczęście do klientów i z taką sytuacją nie spotkałam się jeszcze w swojej karierze.

W międzyczasie walczę z chorobą autoimmunologiczną, dokształcam się, bo wiedza jest mi niezbędna do tego, żeby wrócić do zdrowia. Czytam, poszukuję, analizuję. Testuję modele żywienia, rozkłady makro, suplementy, plany treningowe. Zakładam bloga, który początkowo funkcjonuje na facebooku. Jest to dla mnie reklama własnych usług w mieście, które dopiero mnie poznaje. To właśnie tu zaczyna się moja walka o samoakceptację.

Pisząc bloga wystawiam się na publiczną ocenę. Nieśmiale zaczynam publikować swoje zdjęcia, a artykuły powstają w oparciu o źródła, z których korzystam w poszukiwaniach sposobu na swój stan zdrowia. Zauważam nagle, że mam bardzo pozytywny odbiór. W tym samym czasie wciąż próbuję schudnąć, chociaż entuzjazmu mam coraz mniej. Piszę o hormonach, o niedoczynności tarczycy, jeżdżę na kursy z dietetyki do Instytutu Psychodietetyki do Wrocławia. Chcę pomóc sobie dietą w Hashimoto i depresji i na jednym z wykładów prowadząca przytacza anegdotę, która mocno mnie porusza.

MASZ PRAWO

Do prowadzącej zgłasza się kobieta z córką w wieku 6 lat. Córka ma anoreksję, która narastała u niej od kiedy zaczęła obserwować swoją mamę mówiącą od lat, że jest „za gruba”, że jest „na diecie”, że „się odchudza”, że „jest obrzydliwa”. Dziecko, które widzi w mamie ogromny autorytet, zaczyna podobnie postrzegać siebie. Ta sześciolatka miała anoreksję i uważała, że jest „za gruba”. Myślę sobie wtedy, jakie to straszne, jaka odpowiedzialność ciąży na matce. I podejmuję decyzję, że będę matką, która wychowa pewną siebie, piękną kobietę, że moja córka nigdy nie zauważy, że mam tak ogromne kompleksy. Od tej pory wiem, że ciąży na mnie duża odpowiedzialność. Chcę być matką i dobrym przykładem, więc po prostu muszę nauczyć się kochać siebie.

Pracuję w klubie, gdzie jest pełno luster i widzę, jak wyglądam. Mam duże uda, szerokie biodra, pełną pupę, ale też wąską talię, szerokie plecy i płaski brzuch. Lubię swoją buzię i mimo wysokiego czoła wiem, że jestem piękną kobietą, chociaż nie jest to dla mnie najbardziej wartościowa cecha mojej osoby. Patrzę na siebie codziennie, a potem na szczuplejsze ode mnie klientki klubu, zgrabniejsze dziewczyny z recepcji. Mam kompleksy, ale wiem, że mają je też szczupłe dziewczyny. Jednej ze ślicznych recepcjonistek reszta koleżanek wmawia anoreksję. Gadają między sobą, że żadna z nich nie widziała nigdy, żeby X cokolwiek jadła. Ja wiem, że to głupie i wcale się z nimi nie zgadzam. X jest przykro, bo ciągle słyszy, że jest „za chuda”, a moim zdaniem wygląda pięknie. Widzę, że praca w takiej branży jest po prostu okrutna.

Mam bardzo niskie poczucie własnej wartości, więc motam się w toksycznym związku z partnerem, który mnie nie szanuje i okłamuje, a ja myślę, że jestem na pewno tak beznadziejna, że inny by mnie nie chciał, więc to znoszę. Podczas jednej z kłótni drze na mnie koszulkę, a ja wciąż uważam, że nikt lepszy mnie nie zechce.

W tym samym czasie piszę bloga i skupiam się na tematyce, która mnie interesuje i jest niszowa. Szukam informacji na temat fizjologii kobiet i poruszam taką tematykę, która obala mity funkcjonujące w świecie fitness. Pisząc sama się uczę o swoim ciele, o tym co się w nim dzieje, o tym jak jest zbudowane. Piszę o szparze między nogami, o tłuszczu na udach, cellulicie, szerokich biodrach. O zachciankach przed okresem, o zaburzeniach pracy tarczycy, o depresji. Zaczynam mieć więcej empatii do swojego ciała bo wiem, przez co przechodzi, gdy zbyt mocno je męczę oraz o tym, czemu mam takie uda a nie inne, a przed okresem nie mogę się oprzeć Milce z oreo. Zaczynam rozumieć, dlaczego jestem tak zbudowana, dlaczego mam depresję i brak energii.

W międzyczasie z ukochaną Babcią jest coraz gorzej. W końcu umiera, na chwilę przed moimi urodzinami. Babcia, która rozumiała wszystkie moje żywieniowe fanaberie – od wegetarianizmu po dietę kulturystyczną czy paleo. Robiła mi gulasz z serc, kotlety z kapusty, gotowała pierś z kurczaka. Robiła najlepszą drożdżówkę na świecie, najlepsze pierogi, świetne dewolaje. Żadnej z tych potraw nie spróbowałam w ostatnich latach. Jej śmierć mocno wpływa na moje postrzeganie świata, bo nagle dociera do mnie jak kruche jest zdrowie, jak krótkie jest życie. Gdy moja Babcia leży w hospicjum, mam w dupie swój cellulit. Mam w dupie to, czy zgadza mi się makro i czy zdążę z formą na lato. Dostrzegam to, że jedzenie to nie tylko skład i kalorie, ale tradycja i miłość, którą kiedyś tak właśnie okazywano. Moją Babcię będę do końca życia wspominać w kuchni, bo była świetną kucharką dla nas i zawodowo. Żałuję, że jej smaki na rzadkich w końcu imprezach rodzinnych tak często zastępowałam swoimi, bo były „bardziej fit”.

Po śmierci Babci zaczynam doceniać to, co mam. Przestaję stawiać redukcję na pierwszym miejscu. Zaczynam porządkować szufladki w głowie, zaczynając od rozstania z toksycznym partnerem. Dostaję ogromną ilość maili i wiadomości od dziewczyn, które są podobnie zakompleksione, które przechodzą zaburzenia odżywiania, nie wiedzą, jak przestać jeść kurczaka z ryżem, bo taką dietę kupiły od znanej trenerki. Nie na wszystkie dam radę odpisać, ale z każdą wiadomością widzę, jaki burdel robi w głowie kobietom ten cały, marketingowy fitness syf i narasta we mnie bunt.

Zmieniam pracę i otoczenie. Poruszam kontrowersyjny temat, którym jest fitness na trampolinach w kontekście zdrowia mięśni dna miednicy u kobiet. Artykuł spotyka się z ogromnym zainteresowaniem i dostaję kilka gratulacji oraz propozycji współpracy. Wiem, że temat jest śliski, bo fitness to kasa, ale wierzę, że to, o czym wspominam jest bardzo ważne. Pod artykułem na facebooku znajduję komentarz od „koleżanki” z byłego miejsca pracy, która poddaje wątpliwości moją wiedzę, ponieważ mam… cellulit oraz w jej mniemaniu „mam sylwetkę, która nie odzwierciedla wiedzy, którą rzekomo posiadam”. Czuję się zażenowana, bo komentarz jest bardzo niski i ma służyć jedynie temu, żeby sprawić mi przykrość oraz zdyskredytować mój wizerunek. Czy jest mi przykro? Przez chwilę. Chwilę potem jednak nagrywam filmik, w którym obracam sprawę w żart, bo nie uważam, żeby moje ciało nie było „warte” nazywania go ciałem trenerki. Dziewczyna kończy dyskusję, przejmuje ją osoba z kręgu jej znajomych, z którą nigdy nie zamieniłam nawet słowa. Wkleja moje zdjęcie z okresu rzeźby z 2013 roku ze złośliwym zapytaniem, jak teraz wygląda mój brzuch. I wtedy dzieje się magia.Mój aktualny poziom tkanki tłuszczowej tojebiemnieto

Osiągam stan takiego wkurwienia, którego nie zapomnę chyba nigdy w życiu. Przez tyle lat żyłam w tak ogromnym poczuciu wstydu, kompleksach, z zaburzeniami odżywiania od zachowań anorektycznych do ortoreksyjnych i gdy wreszcie robię postęp, zaczynam czuć się szczęśliwa, taki „ktoś” próbuje mi to, kurwa, odebrać?! 

Ktoś bezczelnie rości sobie prawo do tego, żeby dyktować mojemu ciału jak ma wyglądać, żeby spełnić swoje oczekiwania?! Ktoś bezczelnie narzuca mi to, jak mam jeść i jak wyglądać, żeby być godną profesji, którą wykonuję?! Ktoś, kto nigdy nie zamienił ze mną słowa, nie trenował pod moim okiem i nie wie na mój temat nic więcej, niż podpowiadają mu jego oczy, sugeruje, żebym „się ogarnęła” oraz wyraża ogromną troskę o rzeszę moich podopiecznych?! I wtedy myślę sobie, że tak, kurwa, nie będzie. Że nie mam zamiaru nagle rzucać się na kalkulator, by wyliczyć sobie makro na redukcję tylko dlatego, że mój wygląd nie spełnia oczekiwań kogoś, kto znaczy dla mnie mniej niż serek wiejski, który spędził ze mną więcej czasu niż ten zupełnie obcy sędzia formy mojej dupy. 

Tworzę mema, który brzmi „Otaczaj się ludźmi, przy których nie musisz wciągać brzucha i spinać dupy.„, a ten zyskuje tysiące udostępnień. Mój przekaz, zainspirowany wkurwieniem, buntowniczy, ale zarazem promujący to, co jest dla mnie ważne, idzie w świat, podpisany moim nazwiskiem, a ludzie się z nim zgadzają.

Komitet do Spraw Zarządzania Moją Dupąjest jednoosobowy.

Po tym zajściu dostaję wiele pozytywnych wiadomości i wiem, że to co robię, jest ważne. Wśród moich klientów są dziewczyny z bardzo poważnym zaburzeniami hormonalnymi, kobiety po ciąży, z dużą lub mniejszą nadwagą, ale również te drobne, które chcą poprawić kondycję i zbudować masę mięśniową. Od żadnej z nich nie usłyszałam, że jestem „za gruba” i niby czemu, skoro wyglądam okej? Ja nie mogę ich zawieść.

Z każdą podopieczną mam świetną relację i chcę, żeby była świadoma swojej wartości już od początku współpracy. Chcę, żeby pokochała aktywność fizyczną, stała się samodzielna i silna, żeby znalazła swój model odżywiania na stałe i utrzymała rezultaty, które osiąga w życzliwej atmosferze. Trafiają do mnie piękne, zakompleksione kobiety i przykro mi patrzeć na to, co z ich pewnością siebie zrobiła ta pełna sztuczności pogoń za sylwetką idealną. Ze mną szukają sylwetki optymalnej. Rozmawiamy o smacznym jedzeniu, o tym, jak spędziły weekend i cieszę się, gdy bez wstydu opowiadają o tym, co zjadły, a nie o tym, co uważają, że ja chciałabym, żeby zjadły. Chyba dzięki temu mają tak świetne, mimowolne przecież, rezultaty, które zaskakują je same. Bo można w fajnej atmosferze, w fajnym miejscu i z ogromną przyjemnością.

I Ty, która to czytasz, wiedz, że Ci, którzy komentują złośliwie Twój wygląd nie przestaną tego robić, gdy schudniesz 5 kg i zasłonisz grzywką zbyt wysokie czoło. Nie polubią Cię, gdy zaczniesz zasłaniać nierówną skórę na nogach długimi spódnicami. Dla osób, które Cię lubią, szanują i kochają nie liczy się masa Twojego ciała ani procent tkanki tłuszczowej. Zazwyczaj Ci, którzy starają się zdegradować Twoją pewność siebie krytykując Twój wygląd, nie będą funkcjonować w Twoim życiu długo. Często to przypadkowi przechodnie, którzy rzucą złośliwy komentarz tak jak „moi” kolesie sprzed siłowni 8 lat temu. Nigdy więcej ich nie spotkałam, a odebrali mi chęć noszenia spodenek na całe wakacje w 2008 roku!

Żeby zaakceptować siebie musisz się mocno wkurwić na to, że ktoś chce Ci odebrać coś Twojego, Twoją autonomię, Twoją decyzyjność, Twój wizerunek, prawo do zarządzania własnym ciałem. Tak dzieje się za każdym razem, gdy Twoja, ciężko budowana, pewność siebie jest nadszarpnięta przez złośliwą opinię – gdy gubisz siebie, żeby zadowolić kogoś, kto nie poświęciłby tyle samo Tobie!

Nie myśl, że samoakceptacja to lenistwo! Możesz lubić siebie i starać się schudnąć lub przytyć, jedno nie wyklucza drugiego. Ja wciąż trenuję, wciąż jem zdrowo i mimo tego, że podobam się sobie, staram się schudnąć. Różnica jest jedna – nie za wszelką cenę, nie kosztem odpoczynku, nie w celu zadowolenia kogoś, kogo nie zadowala wygląd mojego ciała. Szukając samoakceptacji powinnaś również dać sobie prawo do decydowania o tym, kiedy i jak trenujesz, co i jak jesz i świadomie podejmować te decyzje niezależnie od tego, jaka będzie opinia innych osób. Ja nie muszę już udowadniać nikomu, jaka silna czy sprawna jestem, ani robić treningów na pokaz.

U mnie na samoakceptację wpłynęły 4 czynniki:

  • choroba (bo pogodziłam się z tym, jaki ma wpływ na moją siłę, wytrzymałość oraz poziom tkanki tłuszczowej i zmieniłam priorytety, którym teraz jest doprowadzenie do ładu hormonów i przygotowanie organizmu do ciąży)
  • anegdota o sześcioletniej anorektyczce, wizja przyszłego macierzyństwa i budowania pozytywnych wzorców
  • śmierć bliskiego (bo zauważyłam, że życie i zdrowie jest kruche, że muszę szukać przyjemności w tym, co robię i nie zamartwiać się tym, nad czym nie mam wpływu)
  • feministyczna wściekłość na to, że ktoś bezczelnie narusza autonomię mojego ciała i dyskredytuje moją wartość patrząc przez pryzmat sylwetki.

Mam 27 lat. Lubię swoją pupę, talię, plecy, nieskromnie powiem, że lubię też swoje piersi. Mniej lubię swoje uda, bo jest na nich cellulit od kiedy zaczęłam dojrzewać, mam też widoczne rozstępy, pajączki i kiełkujące żylaki. Czuję się piękna i mimo tego, że według wielu jestem „gruba” czy „zalana”, nigdy nie narzekałam na brak powodzenia u płci brzydkiej, głównie jednak dzięki temu, że jestem inteligentna i mam fajne poczucie humoru. Mam szacunek do swojego ciała i widzę, jak się starzeje. Dbam o nie, daję mu odpoczynek i bodziec do zmian sylwetkowych. Dobrze je odżywiam, staram się wysypiać. Mam Światu do zaoferowania więcej niż zgrabna dupa, tych jest całe mnóstwo i jedna więcej nic nie zmieni, a grawitacja bez bezlitosna mimo perfekcyjnych makro i sumiennego treningu.

To, przez co przeszłam nie jest obce wielu z Was  – nie jesteście same! Wiedzcie jednak, że możemy to zmienić – mówiąc sobie szczere komplementy, nie oceniając się głośno nawzajem, dając dobry przykład córkom, które kiedyś też usłyszą, że są grube, że mają krzywe nogi czy małe cycki i przybiegną z płaczem nie tylko do Was, ale i do tych tatusiów, którzy kiedyś złośliwie komentowali cellulit koleżanek z klasy.

Ja mam zamiar dalej robić to, co robię. Bojkotuję Instagram i jego sztuczne filtry. Zamiast zdjęć sylwetki publikuję filmy, bo na nich nie da się nic ukryć. Zdjęcia mojego jedzenia to normalne zdjęcia, tak samo zdjęcia mojej twarzy. Mam zamiar dalej pisać wprost to, o czym myślę, rzucać bluzgami, gdy będę mieć na to ochotę i zakładać bikini mimo tego, że „nie mam formy na lato”. Mam zamiar cieszyć się aktywnością fizyczną i jedzeniem i szukać w niej tyle przyjemności ile się da, bo praktykuję to od jakiegoś czasu i czuję się szczęśliwa!

Udostępnij
Share on FacebookPin on PinterestShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedIn

Najnowsze wpisy

Kategorie

Okuniewska Marta Opublikowane przez:

komentarze 33

  1. :))
    14 maja 2016
    Odpowiedz

    Hej, uwielbiam Cię! Niesamowicie pomagasz mi zaakaceptować samą siebie i nie zwracać uwagi na tych „przechodniów”. Dziękuję. 🙂

  2. Kasia
    14 maja 2016
    Odpowiedz

    Marta, nie wiem co napisać… wystarczy chyba tyle,że popłakałam się czytając Twój wpis. Jesteś cudowna!

  3. UlkaSzpulkaa
    14 maja 2016
    Odpowiedz

    No najlepiej ! Uwielbiam Cię !
    Piątka !

  4. Ola
    14 maja 2016
    Odpowiedz

    Już wiem, że będę Cię czytać i czytać. Mam podobną sylwetkę (niestety bez biustu:), krągłe uda i pupę, szerokie biodra. Zawsze chciałam się tego pozbyć, bezskutecznie. I też od niedawna walczę z autoagresjami, które niszczą moją gospodarkę hormonalną.I choć są dni, kiedy mówię o sobie „gruba świnia” to więcej jest tych, w których siebie lubię. I Ty też lub siebie 🙂
    Pozdrawiam

  5. Marzena
    14 maja 2016
    Odpowiedz

    Udzilla, 29 lat, cellulit, hashimoto+niedoczynność – dziękuje Ci za to, że Jesteś. Tak ludzka, normalna, rzeczywista jak kumpela z podwórka w tym szalonym świecie <3

  6. silv
    14 maja 2016
    Odpowiedz

    Pięknie ujęte. Znalazłam tu część mojej historii. Mam tocznia układowego i wiele objawów niedoczynności tarczycy (choć endo powiedział, że jest ok, bo mieszczę się w granicach laboratoryjnych ). Mam też IO. Nigdy siebie nie kochałam, choć nie miałam na co narzekać, Za to kocham życie i ludzi. Ponad 3,5 roku postanowiłam zrzucić 3 kg nadwagi, poprawić kondycję. Przez ten okres przewinęło się przez moje życie 2 dietetyków i 3 trenerów personalnych. Przez cały ten okres wydała sporo kasy, na ich pomoc ale nie schudłam ani grama, a będąc ciągle na redukcji, nie zbudowałam też masy mięśniowej. Jedna ze znanych trenerek kazała mi jeść 1.400 kcal, codziennie ćwiczyć godzinę, piętnaście, a zaraz potem biegać przez 40 minut. Dodam, że pracuje fizycznie i jeżdżę rowerem. Kiedy po 3 miesiącach zaczęłam tyć, powiedziałą mi, że wg niej nie trzymam diety i ją okłamuję ;( Natomiast trener, rozpisał dietę 1100 kcal, intensywne codzienne treningi plus 40 min cardio, po. Po dwóch miesiącach przybyło tłuszczu, energię ze mnie całkowicie wyssało, a od trenera usłyszałam, że nie jestem już młoda (38 lat) więc problem w tym, a nie w diecie i ilości ćwiczeń. Dietetycy też żałośni byli, dziś wiem,że potraktowali mnie systemem skopiuj/wklej. (np Insanity Shaun’a T, mój aktywny tryb życia i kaloryczność 1400). Dziś moje zdrowie jest w rozsypce. Nie mam ani trochę siły z rana, Do południa dętka. Potem spadek energii ok 14.00. Nie jestem w stanie zrobić treningu (zaraz po puchnę) strasznie szybko się męczę, wszystko mnie boli dnia następnego. Obecnie mam 11 kg nadwagi, gąbczaste ciało, pokryte cellulitem od szyi do kostek i nie potrafię zrzucić grama. Nidy nie wyglądałam tak okropnie. Do tego pamięć też płata mi figle Iibido jest równe zeru. Czuję się głupia i …gruba i nie wiem jak to zmienić. Jestem zmęczona, byciem wiecznie zmęczoną. Ogarnia mnie furia, że nie potrafię zrobić kroku do przodu, a jedyny kierunek obrany przez mój organizm, to posuwanie się w tył. Wybacz, Musiałam to wyrzucić z siebie. Dziękuję za ten wpis. Pozdrawiam, Gorąco

  7. K
    14 maja 2016
    Odpowiedz

    Doskonale wiem, o czym mówisz. Mimo że zawsze byłam raczej chuda, nigdy nie akceptowałam swojej sylwetki. Dopatrywałam się w niej wszelkich niedoskonałości. Na przemian chciałam schudnąć i przytyć. Znam i głodówki, i diety, i katowanie się ćwiczeniami, i samookaleczanie. Ćwiczę regularnie od 12 r.ż (jestem z Twojego rocznika). Od zawsze mam cellulit, mimo że jestem szczupła i wysportowana. Masowałam go, używałam wszelkich kremów i balsamów, nic nie pomagało. Teraz już wiem, co pomaga – niepatrzenie na niego. 😉 Cały czas walczę o samoakceptację, ale już nie chowam swojego ciała. Uwielbiam swoje mięśnie i siłę, którą mi dają.
    Dzięki za tę notkę.

  8. Aśka
    14 maja 2016
    Odpowiedz

    Dziękuje za ten artykuł. Czuje się, jakbym czytała o sobie samej…Sama rozpoczelam kolejną walkę o powrót do normalności, bo od dluzszego czasu pochlonelo mnie zupelnie liczenie makro i ciagle wyrzuty sumienia jesli tylko zdarzylo sie zjesc cos ‚nieodpowiedniego’. Mam nadzieje, ze uda mi sie znalezc taka siłe, jaką Ty masz, by wreszcie zaakceptowac siebie :i korzystac z zycia na 100% :))

  9. Ewa
    15 maja 2016
    Odpowiedz

    Kobieto..jesteś tak piękna wewnętrznie, że kiedy czytałam Twój wpis niemal się wzruszyłam. Twoje wszystkie zmagania, trudy przez które przeszłaś tak emocjonalnie i bosko Cię ukształtowały nie bez powodu., bo jesteś według mnie w tym miejscu, w którym powinnaś być. Masz ogromną odwagę w sobie, żeby dzielić się z ludzmi swoją przeszłością, za co po prostu składam Ci pokłony ! Jestem pod wielkim wrażeniem twojej pracy, tego w jaki sposób się starasz i jak bardzo jesteś gotowa na to, żeby stawić czoło tym wszystkim ludziom, którzy mają tak bardzo popapraną duszę…co jest mega przykre i współczujące. Kibicuję Ci bardzo i życzę Ci z całego swojego serca sukcesów…Znam ten ból, który opisałaś, przechodziłam przez podobne zmagania w życiu…przypominasz mi samą siebie, Proszę Cię…nigdy przeee nigdy się nie poddawaj ! Jesteś tutaj nie bez powodu <3 (Polecam Ci książkę, która myślę, że będzie Ci bardzo pomagać Demi Lovato, Bądz swoją siłą przez 365 dni w roku. ) Jeszcze raz Ci dziękuję za to, że zdecydowałaś się na bloga, że promujesz PRAWDĘ ! Całuję mocno !

  10. Jagoda
    15 maja 2016
    Odpowiedz

    świetnie napisane, naprawdę daje do myślenia :)))

  11. Natalia
    15 maja 2016
    Odpowiedz

    Bardzo ważny i mądry wpis. To strasznie smutne, że tyle kobiet traci swoje najpiękniejsze lata na samobiczowanie się i kompleksy. Ja też mając 17 lat i sylwetkę tak szczupłą jak nigdy potem uważałam, że jestem paskudna a moje OGROMNE uda nigdy nie mogą ujrzeć światła dziennego. Oczywiście teraz patrząc na swoje zdjęcia z tamtego okresu chce mi się śmiać i płakać jednocześnie, widząc te moje „OLBRZYMIE” nogi 😉 Skłamałabym mówiąc, że jestem już wolna od kompleksów, ale próbuję nad nimi zapanować i sprawić, żeby mnie nie ograniczały. Nie chcę już przekładać niczego na „jak schudnę”.

    Czytając Twój post uderzyło mnie jak ogromnego miałaś pecha spotkać na swojej drodze tak żałosnych ludzi 🙁 A może to ja miałam wyjątkowe szczęście takich uniknać? Chamskie komentowanie wyglądu, intrygi i docinki…. czy naprawdę tak wygląda branża fitness od środka? Zawsze miałam naiwne przekonanie, że ludzie tam stanowią zgrany zespół, wspierają się itp. Mam nadzieję, że obecnie masz możliwość odcięcia się od takich toksycznych typków.

    Powodzenia i dzięki za tego bloga, który prezentuje tak zdrowe i racjonalne podejście do sportu i odchudzania 🙂

  12. Piotr Tomeczek
    15 maja 2016
    Odpowiedz

    Zajebisty artykuł, popieram sto procent! Super jesteś i tyle Ci powiem 🙂

  13. Aneta
    15 maja 2016
    Odpowiedz

    Ciesze się, że dane jest mi czytać Twoje wpisy. Gratuluję odwagi do tak prywatnych wpisów. Podziwiam za naturalność i ludzkość. Z całego serduszka życzę wszystkiego dobrego! 😘

  14. Agnieszka
    16 maja 2016
    Odpowiedz

    Droga Marto, jestem Ci niezmiernie wdzięczna za ten wpis. Poruszyłaś w nim tak ważny i aktualny temat…
    Ludzie mają skłonność do podporządkowywania się innym, spełniania ich oczekiwań, zamiast pomyśleć o sobie.
    Uświadamiasz, że „co ludzie powiedzą?” można, a wręcz trzeba, wyrzucić do kosza, spalić, zakopać. W drodze do samodoskonalenia się najważniejsi jesteśmy my, tylko my się liczymy i tylko od nas wszystko zależy.
    Dziękuję Ci, że tak pięknie o tym przypomniałaś.
    Pozdrawiam serdecznie. 🙂

  15. edyta
    16 maja 2016
    Odpowiedz

    mam tak samo jak ty 🙂 i kocham tą naturalnosc… jestes zajebiscie cudownie inteligentna dziewczyna i uwielbiam cie czytac, oglądac i słuchac!!! nie zmieniaj sie!!! <3

  16. amka
    17 maja 2016
    Odpowiedz

    Czekam aż córcia pójdzie spac by przeczytać wszystkie posty.
    Sama przechodzę przez depresje… A chce zostac instruktorem fitness. Jednak martwię sie czy to pójdzie w parze za bardzo przejmuje sie tym co inni o mnie pomyślą. Ze mam za mala widzę… I ze bez znajomości nie znajdę pracy 🙁

  17. Kasia
    18 maja 2016
    Odpowiedz

    Wspaniały artykuł. Aż miałam dreszcze jak go czytałam. Keep up the good work!

  18. Ewa
    18 maja 2016
    Odpowiedz

    Dziewczyno. Teraz jedyne czego w życiu żałuję to to, że nie mieszkam w Łodzi i nie mogę przyjść i przybić Ci piątki. A jeszcze lepiej – poćwiczyć z Tobą. Mam 21 lat, od zawsze miałam kompleksy związane z dużą szczupłością. Moje BMI zawsze było za niskie, dojrzewałam normalnie, ale moja figura zawsze była bardzo drobna. Według niektórych „chłopięca”. Dla mnie to zawsze była obraza, byłam wściekła gdy słyszałam coś takiego. Chłopcy w gimnazjum pytali dlaczego nie mam piersi (miałam rozmiar B). Anorektykiem nikt mnie nie nazwał bo jednak wpierdalałam jak dzika, mimo to wskazówka wagi ani drgnęła. Byłam wściekła na koleżanki, które miały pełne figury, o których ja zawsze marzyłam, a chciały się odchudzać. Od gimnazjum noszę ten sam rozmiar stanika, gdyby ówczesne egzemplarze się nie sprały i nie wyciągnęły pewnie bym je jeszcze nosiła. Na dodatek pojawiły się problemy skórne oraz kardiologiczne. Chłopcy stronili ode mnie i zawsze myślałam, że to przez mój wygląd. Rodzina powtarzała mi, że wyglądam świetnie, że po prostu inni mi zazdroszczą, ale nigdy w to nie wierzyłam. Zaczęłam otaczać się pozytywnymi ludźmi, ale to była pułapka. W końcu uwierzyłam, że jestem super taka jaka jestem, do tego stopnia, że innych zaczęłam uważać za dno z poczucia zemsty. Całe liceum byłam uważana za wyniosłą i zimną. Wtedy zaczęłam pierwszy raz spotykać się z chłopakiem, ale poznaliśmy się przez internet, inaczej raczej nie zwróciłby uwagi. Po paru miesiącach to on zwrócił uwagę na moje zachowanie i zapoczątkował we mnie zmiany. Ogólnie związek się zakończył, ale faktycznie racja była po jego stronie. Nadal mam kompleksy, czasem nachodzi mnie dół. Staram się jednak mieć uśmiech na twarzy i zarażać nim innych, mówić innym że też są piękni. Czuję się lepiej. Dzięki za opisanie swojej historii, trzymaj się ciepło!

  19. Czytelniczka
    18 maja 2016
    Odpowiedz

    Wow.. Nie wiem co powiedzieć, czuje się poruszona każdym zdaniem. Artykuł mistrzowski, szacunek dziewczyno. Wielki szacunek.

  20. Zuza
    19 maja 2016
    Odpowiedz

    Czytałam z zapartym tchem! Sama obecnie jestem na etapie takiej fit obsesji, zakrawającej już o stany depresyjne. Niestety, trudno znaleźć w sieci jakikolwiek głos rozsądku, świat stanął na głowie. Dałam się w to wciągnąć na tyle,że zaniedbałam wszystkie relacje. Nie poznaję samej siebie. Najgorsze jest to,że zewsząd otacza nas presja bycia jakimś tam. Straciłam poczucie własnej wartości, jedynym celem stała się odwieczna redukcja, makro itp. Nie tak wyobrażałam sobie swoje dorosłe życie.
    Dziękuję za ten wpis, jesteś cudowną, mądrą kobietą. Tchnęłaś we mnie nadzieję, zapaliłaś lampkę opamiętania, sprowadziłaś na ziemię. Ten wpis stał się odpowiedzią na pustkę, która we mnie co dzień narasta. Dziękuję!

  21. Karolina
    19 maja 2016
    Odpowiedz

    dziękuję Ci za ten wpis… znalazłam w nim wiele wspólnego..i wzruszyłam się. Szkoda, że nie mieszkam bliżej Twojego klubu!

  22. Natalia
    20 maja 2016
    Odpowiedz

    Marta ! Zawsze jak zaczynam wątpić w siebie , to wchodzę na Twojego bloga , insta , czy fb . Dajesz mi ogromnego kopa, uwielbiam Cię za to , że patrzysz na ten cały ‚fitfreak’ z dystansem i w taki sposób nam to przedstawiasz . W tym momencie , którym jest bum na bycie fit to jest niesamowicie potrzebne . Jesteś wielka! Szczera i prawdziwa przede wszystkim . Motywuj i otwieraj oczy kobietom 😊👌🏼

  23. Julia
    24 maja 2016
    Odpowiedz

    Długo miałam nadwagę, byłam zawsze tą najgrubszą koleżanką i mimo że od dobrych paru lat wyglądam zupełnie inaczej ( zrzucenie kg + zmiana sposobu ubierania ) to ta dziewczyna ciągle gdzieś we mnie siedzi. Dopóki jestem wystrojona i ‚wylaszczona’ w swoją zbroję jest ok. Problem zaczyna się gdy ubieram krótkie spodenki czy w ogóle obcisłe spodnie i widzę że moje uda nigdy nie będą szczupłe a cellulit zawsze wyjdzie na pierwszy plan. Nie umiem pozbyć się wrażenia że jedyne co myślą ludzie którzy mnie wtedy mijają to ‚ ale ona ma uda’. Nie wiem skąd to wrażenie że jest jakiś jeden model i rozmiar w który trzeba się wpasować, uważam się za świadomą kobietę która za nic ma sztucznie wykreowane wzorce a ciągle wpadam w tę samą pułapkę. Czytam takie teksty jak Twój bijąc w myślach brawo, oglądam zdjecia metamorfoz normalnych kobiet i myślę że to super że mimo że tak się różnimy wszystkie jesteśmy piękne, a potem szukam kostiumu kąpielowego w sklepach internetowych i wszystko idzie w cholerę…

  24. Emilia
    15 czerwca 2016
    Odpowiedz

    Boże jakbym czytała o sobie. Od dziecka mama mówiła jaka to byłaby szczęścliwa gdyby była 10kg człowiekiem i że teraz – nie jest wartościową osobą. Swoją obsesje diet przerzuciła na mnie – na 7 dniu kopenhaskiej zemdlałam będąc w liceum. Szkoda że osoba która zajmuje się sportem nie wie że 500 kcal to za mało tym bardziej przy treningac 2x dziennie (pływałam wyczynowo). Trener? to dopiero! „O orka przypłynęła” wszyscy chłopacy w śmiech (18% tk tł). Ojciec? „dam Ci 100 zł za schudnięcie każdego kg (ważyłam 52). Potem przygoda z modelingiem i o zgrozo – zamiast się docenić najgorsze kompleksy! Traktują Cie jak rzecz, w niewybrednych słowach mówią jest ok ale powinno być 10kg mniej. Piękna twarz, kobieca figura – co z tego? Nigdy się nie zaakceptuje. Mgr Biologii, instr sportu z spec pływania, ćwiczę, wpadam w szał jedzenia. Przeczyszczanie i kompulsy. Waga rośnie. Nienawisć zostaje ale nie rośnie bo UCZĘ się kochać siebie niezależnie od rozmiaru. I właśnie kiedy staram się kochać taka jaka jestem a nie za 10 kg idę na basen i od kol mamy słyszę – W TEJ WARSZAWIE TO CIĘ CHYBA DOBRZE KARMIĄ. I to kobieta. Ten świat jest popieprzony, Nigdy nie wybaczę rodzinie, swoim facetom, trenerowi za to że w swoim ciele czuję się jak w więzieniu i o niczym innym nie umiem myśleć jak to czypod tym kątem mam podbródek czy nie. Chciałam zacząć dietetykę bo już pracowałam jako doradzca żywieniowy ale boje się że tak jak mówisz – to miejsce dla nieskazitelnych osób. Cały czas będę myśleć czy szczuplejsza klientka nie zapyta – jak Pani ma być dla mnie autorytetem skoro ma Pani tłuste ręce? Echhhh

    Pozdrawiam Cię serdecznie Twój wpis wywołał u mnie mega dużo emocji.
    Emilia Sączyńska

    • Marta Okuniewska
      12 września 2016
      Odpowiedz

      Jedna klientka pomyśli, że masz „za tłuste rece”, a druga nie 🙂 Ja wychodzę z założenia, że jeśli ktoś nie zechce ze mną ćwiczyć, bo nie odpowiada mu moje ciało, może pójść do kogoś innego. Najprostsze rozwiązanie 🙂
      Nie patrz na siebie przez taki pryzmat. Na pewno jesteś zbyt surowa.

  25. Ania
    26 czerwca 2016
    Odpowiedz

    Pani Marto, genialny tekst! Mam ogromny problem z samoakceptacja i miloscia dla swojego ciala. Zawsze za gruba i nie taka jak trzeba – tak siebie ppstrzegalam i robie to nadal. Glupie odchudzanie rozwalilo mi hormony – nie mam miesiaczki juz od roku. Boje sie bo rownoczesnie chcialabym zostac mama:/ nie odchudzam sie, probuje zasad odzywiania a la paleo a pomimo to okresu brak. Pewnie glowny problem to stres i glowa – a trudno mi myslec pozytywnie. Wczoraj odebralam wyniki poziomu leptyny zainspirowana pani artykulem dot jego poziomu – wyszedl bardzo niski. 1,28 ng przy normie 6-8. Jestem przybita ;/ zwiekszyc poziom wegli? Przy niedoczynnosci i wachaniach tsh co miesiac ;/ obrcnie tak jak pisalam staralam sie jesc paleo, z walka z cheatmealami i kompulsami – niestety pozostalosci po tej restrukcyjnej diecie niskoweglowrj i niskotluszczowej zrobily swoje;/ sniadanie bt obecnie – salatka a la grecka najczesciej plus czysta w skladzie kielbasa lub mieso na smalcu. Drugie sniadanie w pracy to warzywa lub owoc i warzywka typu marchew lub jakies wypieki typu muffinki z jajek i maki kokosowej. Obiad to mieso na smalcu oraz warzywa lub salatka z kabanosami z konspolu. I kolacja to czwsto kawal kirlbasy plus warzywa lub kapusta kiszona. Co pani sadzi? Aktywnosc to cwiczenia z youtube (fitness blender’ hiity plus silowe), okolo 3-4 razy w tygodniu, spacery do pracy czasem rower po pracy. Najbardziej zalezy mi na powrocie miesiaczki – po 2 latach ladowania w siebie htz chcialam poczekac na naturalny ppwrot plodnosci bez luteiny i estrogenow.. teraz poziom progesteronu to 0.2 :/ niziutko.. wszystko lezy i kwiczy u mnie. ale od stycznia od ostatniego opakowania luteiny nic sie nie dzieje;/ wiem ze chaotycznie to napisalam ale bardzo pokornie prosze o porady:/

    • Marta Okuniewska
      12 września 2016
      Odpowiedz

      zdecydowanie na mało węglowodanów! zwłaszcza przy tak niskiej leptynie. Ja tam by wrzuciła refeed w weekend – nażarła się ziemniaków. i obserwować.

  26. Klaudia
    8 lipca 2016
    Odpowiedz

    Marta, Kocham Cię. Też mam Hashimoto, niedoczynność tarczycy, problemy z komentarzami innych ludzi, ale po prostu KOCHAM CIĘ za to co napisałaś. Będę to czytać, dopóki nie trafi to do mojej upartej głowy w 100%. DZIĘKUJĘ.

    • Marta Okuniewska
      12 września 2016
      Odpowiedz

      <3

  27. Hellka
    17 lipca 2016
    Odpowiedz

    W trakcie czytania rozbeczałam się, bo miałam podobną przeszłošć -toksyczny przemocowy związek, jeszcze wiele lat nękania i masę kompleksów. Ale, że Ty tak piękna i mądra dziewczyna je masz? Na szczęście przeszłošć zostawiłam za sobą I teraz z każdym rokiem rośnie liczba ludzi, ,którzy mogą mnie pocałować w dupę! I napiszę na zakończenie ludzie dowalają innym z zazdrošci to podstawowy z motywów, sami są leniwi, głupi albo nie tacy jakby chcieli i swoim ciasnym rozumkiem nie ogarniają kogoš takiego jak Ty. Uściski dla Ciebie Pięknooka!

    • Marta Okuniewska
      12 września 2016
      Odpowiedz

      <3

  28. Joaśka
    11 sierpnia 2016
    Odpowiedz

    Witam! Czytam Panią regularnie od jakiegoś czasu, dokładnie od wpisu u DrLifestyle z jakąś przemianą i odnośnikiem do Pani wpisu o diastasis recti. Podoba mi się profesjonalizm i poruszanie ciekawych tematów i szczegółowe ich omawianie. Szkoda, że już długo nie pojawił się żaden nowy wpis, zaglądam co parę dni. To mój pierwszy komentarz, bo ogólnie raczej nie komentuję w internetach, ale pomyślałam, że może zmobilizuję Panią do dodania czegoś nowego. 😉 Skoro już piszę pod tym postem to powiem, że po jego przeczytaniu zajrzałam na Pani Instagram i za głowę się złapałam na wieść, że są ludzie, którzy mają jakieś „ale” do Pani sylwetki jako trenerki, już nie mówiąc o samej figurze kobiety – wydaje mi się, że to osoby z zaburzeniami psychicznymi, głównie takie, które czerpią przyjemność z dołowania innych, a tym bardziej gdy wyczują, że kogoś rzeczywiście może to ruszyć. Warto więc takich TOTALNIE olewać. Z Pani pięknym ciałem powinno to być naprawdę proste. 🙂 Serdecznie pozdrawiam! 🙂

  29. Izabela
    23 września 2016
    Odpowiedz

    Dzięki za ten wpis, aż łezka mi poleciała ze wzruszenia 🙂 Moc dobrej energii dla Ciebie!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

ten + eight =