Teraz o tym, czy trening i seks mają ze sobą coś wspólnego poza potem, i dlaczego tak wiele :)

Teraz o tym, czy trening i seks mają ze sobą coś wspólnego poza potem, i dlaczego tak wiele 🙂

Kilkukrotnie w swoich tekstach poruszałam temat wizerunku kobiety w fit-społeczeństwie. Osobiście, lubię określać się mianem fitnessowej feministki. Nie, nie dlatego, że zamiast golić nogi noszę długie legginsy, a gdy nie wydepiluję pach, robię nogi a nie plecy*. Nie staram się też pobić życiówki na klatę kolegi z pracy, a tym bardziej nie próbuję dorównać mu w obwodzie bicepsa. Nie upieram się też przy swoim, gdy facet oferuje mi pomoc w sprzątnięciu obciążeń po jakimś siłowniowym brudasie. Ten mój ułamek feminizmu dotyczy raczej wyzwoleniu się od presji, którą kładzie na nas fit-popkultura.

 

66bbb9d1132329050ae8c9cf88d86227

Obecnie funkcjonuje kilka modeli kobiecości. Ja jestem przeciwna kategoryzacji i wcale nie uważam wyższości pękatych bicepsów nad wątłą łapką modelki. Czuję się w tej całej zabawie w zbiory jak element, który nie pasuje do żadnego z nich nie tylko dlatego, że jest jedyny w swoim rodzaju 😉 , ale również dlatego, że nie chce. Nie zawsze tak było. Kiedyś chciałam być jakaś, a w tamtej chwili najszybciej było zdobyć metkę fit-dziewczyny. Teraz chcę być sobą. Również w kontekście treningu i diety.

Metkowanie daje poczucie bezpieczeństwa i tożsamości, a przydział do danej subkultury znacznie ułatwia znalezienie partnera. Gamerka szuka gamera, hipsterka hipstera, biegaczka biegacza. Metka znacznie ułatwia sprawę, tak więc szał na fitness, makro i przysiady nie ominął też relacji damsko-męskich. Żadna z moich trenujących koleżanek nie wyobraża sobie związku z facetem, który nie dźwiga. Trenujący facet, poznając laskę, która robi przysiady i kręci szejki białkowe, błyskawicznie traci dla niej głowę. Czasem bywa odwrotnie i kiepsko się na to patrzy. Metkowanie noszonych ciuchów nie zawsze wychodzi 😉

 

image (1)

Teraz, gdy co drugi facet po pracy pędzi na siłkę, a zamiast goli na ekranie liczy makro, nie chcąc skończyć jak wizja Bridget Jones zjadana przez owczarki, robimy to samo. Zamiast czerwonej szminki, w torebce ląduje shaker, Cosmopolitan wymieniamy na WH, no i zamiast tipsów robimy już hybrydę, bo w dłuższych paznokciach gorzej leżą kettle. Chcemy mieć tyłki, które w szortach Nike pro aż krzyczą „she squats!” i zaczynamy się żegnać z ukochanymi trenerkami z DVD, bo machanie nogą na dywanie męskim okiem wcale nie jest sexy (chyba, że trening odbywa się w parze, a Ty obie nogi masz w górze). Idealna kobieta to nie tylko ta, na którą można liczyć, ale ta, która jednym rzutem oka na talerz, idealnie policzy makro.

On za nią, ona nieudolnie robi przysiady, mimo ręcznika zwiniętego w rulon, widać grymas na jej twarzy, bo sztanga wbija się jej w kark. On ją musztruje, ona zawzięcie kalkuje wzorzec fitdziewczyny z ubrudzoną proszkiem białkowym dupą, który jej facet udostępnił ostatnio na fejsie. To częsty widok w klubie. I często wspólny trening kończy się fochem i biegiem do szatni. Kiedyś, jaskiniowiec ciągnął lubą za kłaki. Teraz w podobny sposób robi to z nami popkultura, wywlekając nas z sali fitness na ciężary, nawet jeśli wcale tego nie chcemy.

image

Dobrze poszło nam seksualne wyzwolenie. Nauczyłyśmy się mówić o swoich potrzebach, o masturbacji, bez krępacji oglądać kobiece porno czy korzystać z wibratorów, a także odmawiać seksu, gdy nie mamy na niego ochoty. W 21. wieku seks to nie jest już tylko prokreacja. To przyjemność, która powinna być dostępna w takim samym zakresie dla obojga partnerów. W łóżku chemia gra albo nie gra. Uwierzcie, na sali treningowej powinno być podobnie.

Gorzki lek najlepiej leczy?

Zgodnie z naszą kobiecą naturą, lubimy się zadręczać, ale aktywność fizyczna nie musi być pielgrzymką na kolanach. Może być naprawdę fajnie, ale (tak jak w łóżku) – nie z każdym partnerem. Jesteśmy różne i to jest super. W kontekście sportu także – mamy różną budowę, charakter i potrzeby. Jak w seksie, tak i w drodze po fajne, zdrowe ciało – nie ma tu miejsca na zmuszanie się, jeśli chcemy zachować motywację. Fajnie jest się spocić, jeszcze fajniej spocić z przyjemnością. Tego kwiata jest pół świata, również jeśli chodzi o dyscypliny i formy aktywności. Szkoda, że droga po zgrabne ciało ma krwawy marketing i hasła zewsząd krzyczą nam, że musisz się katować, zmuszać i zasuwać w cierniowej koronie, stąd też w kobietach tak mało… motywacji do budowy nawyków.

Pani astrolog powiedziała mi, że jestem „rakiem w baranie”, czy cośtam. Podobno potrafię być więc uparta i często robię na przekór konwenansom. Nie wiem, czy to zapisane w gwiazdach, czy raczej zbudowane na moich doświadczeniach, ale lubię robić to co lubię, bo życie jest krótkie i stanowczo zbyt krótkie na to, żeby robić za dużo tego, za czym się nie przepada, a za mało tego, co się lubi. I tak podchodzę do sportu 🙂 Ćwiczę, bo lubię, ćwiczę, kiedy mi się chce. Czasem odmówię seksu, czasem odmówię treningu. Taka asertywność.

61338643

Nie daj sobie wmówić, że musisz. Nic nie musisz. Możesz chcieć, możesz nie chcieć, to zupełnie normalne. Ćwicz tyłek nie tylko po to, żeby podobał się Tobie (i może nawet reszcie świata, to przecież nic złego!), ale również dlatego, żeby zmieścić w nim wszystko to, do czego pcha Cię presja fit-marketingu.

I pamiętaj – trening jest trochę jak partner w seksie. Dobrze dobrany powinien dawać przede wszystkim przyjemność, a jesteśmy różne i każdej z nas służy coś innego. Nie leżą Ci przysiady ze sztangą? Laska, idź na zumbę. W łóżku też nie każda lubi klapsy. Nie ma się co zmuszać 😉

 

* just kidding

Marta.

3 thoughts on “Teraz o tym, czy trening i seks mają ze sobą coś wspólnego poza potem, i dlaczego tak wiele :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *